Przepis na dzieci

Szczepić czy nie szczepić? Część 2 – meningokoki

Szpital

Ostatni wpis skończyłam w dość trudnym dla mnie momencie, bo wspomnienia, mimo, że minęło już 5 lat, są nadal takie rzeczywiste.

Po usłyszeniu diagnozy, że moja młodsza córeczka ma sepsę, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Wkrótce do szpitala chorób zakaźnych przyjechała po nas karetka, by zabrać nas do innego szpitala, który dysponował oddziałem intensywnej opieki medycznej (OIOM).

Siedziałam z moją córeczką w środku karetki, która musiała przejechać przez Łódź w porze największego ruchu (było około 16-tej). Wiecie zupełnie inaczej patrzy się na taki pojazd kiedy ciebie mija na ulicy, a zupełnie inaczej kiedy jesteś w środku i wiesz, że musisz pędzić, by ratować życie. Samochody odsuwały się na pobocze, a my mogliśmy jechać. Czasem trafił się jednak jakiś kierowca, który nie rozumiał, że należy zjechać, by zrobić miejsce karetce, a ja wtedy mruczałam pod nosem “No rusz się baranie!”. No bo jak inaczej nazwać kogoś takiego?!

Kiedy dojechaliśmy do szpitala zawieziono moje dziecko od razu na oddział, a mnie kazano rozmawiać z jakąś panią z pogotowia. Zadawała mi mnóstwo niepotrzebnych pytań i trwało to chyba z pół godziny. Dopiero wtedy pozwolono mi przejść do innej części budynku, gdzie leżała Lenka.

Wiecie co było najgorsze? To jej cierpienie. Nie mogłam jej w żaden sposób pomóc, a ona krzyczała z bólu “Mamusiu zabierz mnie stąd” i wyrywała sobie wenflony. Musieli ją przywiązać do łóżeczka, bo tak się szarpała. Lekarz mi wytłumaczył, że przy posocznicy występuje bolesność skóry i całe ciało po prostu bardzo cierpi.

Z godziny na godzinę stan się pogarszał. Zapalenie płuc, tak wielkie, że maleńka nie mogła oddychać. Wiecie jak oddycha rybka wyjęta z wody. Tak własnie próbowała łapać oddech moja córeczka. Potem powiększyły się wszystkie organy wewnętrzne, stwierdzono zapalenie opon mózgowych, a na końcu zaczęło siadać serduszko, wycieńczone szybkim oddechem.

Najgorszy moment był wtedy, gdy powiedziano mi, że mam się szykować na najgorsze.

Czy rodzic może usłyszeć coś gorszego?

Jedna ze starszych lekarek, na obchodzie powiedziała mi coś, co pozwoliło mi potem przetrwać. Wytłumaczyła mi, że być może wprowadzą Lenkę w śpiączkę farmakologiczną i że będzie oddychała za nią maszyna. Powiedziała, że często się zdarza, iż wtedy organizm przestaje się męczyć oddechaniem i zaczyna walczyć z bakterią.

Trzeciego dnia choroby, kiedy płuca całkowicie były zajęte, a serce było już bardzo zmęczone, postanowiono ją zaintubować i uśpiono moją księżniczkę. Teraz respirator za nią oddychał, a ja patrzyłam na to i na zmianę szlochałam, za chwilę się uspokajałam, i tak cały czas. Po mniej więcej 12 godzinach okazało się, że prześwietlenie płuc pokazuje delikatną poprawę. Nadzieja wstąpiła w nas wszystkich.

Uwierzcie, że zanim stan się poprawił i stał się stabilny, minęło mnóstwo godzin. Mnóstwo godzin smutku, nadziei, złości (dlaczego ona!!!), rodzinnych rozmów, analiz sytuacji i patrzenia na nią, w której ciałku znajdowało się tyle wenflonów. Nie wiem, ale chyba ok 10 kroplówek naraz wpływało do jej ciała.

Po paru dniach przesłano wyniki punkcji i okazało się, że za wszystkim stoją MENINGOKOGI.

Bakterie, na które mogłam zaszczepić dziecko.

Mogłam, ale tego nie zrobiłam, bo nie chciałam dać się naciągać? Bo nie wierzyłam, że coś takiego może spotkać moje dziecko? Bo tak jak ze wszystkim w życiu mamy nadzieję, że nic złego nam się nie przytrafi?

Miałam tak koszmarne wyrzuty sumienia, bo zdawałam sobie sprawę, że mogłam zabezpieczyć moje dziecko przed taką straszną chorobą. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Lenka wyzdrowieje, więc miałam poczucie, że przez moje beztroskie podejście, Lenka może umrzeć.

Takie MENINGOKOGI atakują szybko i brutalnie, zostawiając około 10 % szans na przeżycie, przy szybkiej reakcji rodziców i lekarzy. Gdyby któreś z tych elementów łańcucha nawaliło, to dziecko nie ma żadnej szansy.

Moja córeczka została wybudzona po tygodniu. Kiedy skończyła brać antybiotyk, przeniesiono nas z powrotem do szpitala chorób zakaźnych, gdzie, o zgrozo, zarażono nas rotawirusem. To brzmi nieprawdopodobnie, ale tak właśnie było. Po przeżytej sepsie, cudem uratowana, została wsadzona do sali po dziecku z rotawirusem. Kolejny tydzień w szpitalu, na szczęście niezagrażający już jej życiu.

Szczepienia

I teraz przejdę do sedna sprawy, czyli szczepień.

Jak wytłumaczyła mi jedna pani doktor, w momencie, kiedy w organizmie rozwija się wirus ospy wietrznej, to system immunologiczny staje prawie całkiem bezbronny. To wtedy zaatakowały moją Lenkę meningokoki. Nie wiadomo czy miała już je w sobie, czy może ktoś jej ich użyczył, ale omalże jej nie zabiły.

Po szeregach badań neurologicznych, kardiologicznych i innych cudach, musiałam ją i tak zaszczepić na meningokoki. Starsza córeczka musiała zostać zaszczepiona od razu, a z Lenką trzeba było poczekać, aż organizm wróci do siebie.

Wiecie, to cud, że choroba nie zostawiła po sobie żadnych śladów i Lenka jest zdrową, wesołą dziewczynką. Jednak zostawiła ogromne ślady w mojej głowie i spustoszyła ją bardzo. Zachwiała moim poczuciem bezpieczeństwa i sprowadziła na ziemię.

Jestem jak najbardziej za szczepieniami dodatkowymi, bo gdybym wiedziała, to co wiem teraz, to nie musielibyśmy przeżywać takiego koszmaru. U nas było szczęśliwe zakończenie, ale często słyszę w wiadomościach, że nie każde dziecko ma tyle szczęścia…

Może warto się nad szczepieniami dodatkowymi zastanowić, bo mogą nas uchronić przed tragedią. Meningokoki, pneumokoki, rotawirusy czy wirus ospy wietrznej, są tylko niegroźne na papierze, w rzeczywistości mogą nam zabrać nasz największy skarb.

Życie naszego dziecka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *