Dzieci

Szczepić czy nie szczepić? Część 1

Czy warto rozważyć szczepienia dodatkowe?

Teraz szczepienia to gorący temat, bo rodzice walczą, by mieć prawo do decydowania, czy szczepić swoje dzieci, czy nie. Powołują się na powikłania poszczepienne, które są tutaj najważniejszym argumentem. Osobiście nie rozważałam odrzucenia szczepień obowiązkowych, przyjęłam je jako oczywistość.

Kiedy pierwszy raz zostałam mamą miałam 26 lat i czytałam mnóstwo czasopism dla świeżo upieczonych mam. Sporo wtedy pisano o szczepionkach skojarzonych na podstawowe choroby i to na nie się z decydowałam. Proponowano mi również różne dodatkowe szczepienia na rotawirusy, pneumokoki czy meningokoki. Wszystko to brzmiało dla mnie kosmicznie i gdzieś w głowie pojawiła się myśl, że to chyba takie raczej naciąganie rodziców. Nie zdecydowałam się na nie zarówno przy pierwszym dziecku, a tym bardziej przy drugim, bo przecież byłam już wtedy doświadczoną mamą i uznałam, że przecież nic nam nie grozi. Szczepienia na ospę wietrzną też wydały mi się jakąś głupotą, bo przecież “wiatrówkę” każdy jakoś przechodzi. Swego czasu nawet popularne były “wiatrówkowe” party, na których rodzice chorych dzieci spotykali się ze zdrowymi, żeby te drugie złapały wirusa i miały chorobę z głowy (!!!).

Życie potrafi zaskakiwać

Mój punkt widzenia na dodatkowe szczepienia zmienił się tuż po trzecich urodzinach młodszej córeczki. Starsza córcia właśnie kończyła chorować na ospę wietrzną, którą złapała w szkole. Spodziewaliśmy się, że młodsza dostanie wysypkę lada moment. Jednak zamiast wysypki pojawiła się gorączka. Bardzo wysoka, której nie mogłam niczym zbić. Całą noc walczyłam z wysoką temperaturą, która ciągle przekraczała 39 stopni. Malutka płakała, że strasznie boli ją głowa. Z samego rana pobiegłam z nią do lekarza, który popatrzył na nią z niepokojem i kazał nam natychmiast jechać do szpitala chorób zakaźnych w Łodzi, bo na szyi pojawiły się dwie małe krostki ospy wietrznej. Podejrzewał powikłania, które jak się okazuje przy tej chorobie są bardzo częste.

W szpitalu zrobiono jej podstawowe badania i podłączono do kroplówki. Panikowałam strasznie, bo podejrzewano u niej zapalenie opon mózgowych, jednak taka diagnoza byłaby chyba najszczęśliwszym rozwiązaniem. Niestety tak nie było.

Koszmarna diagnoza

Po dwóch godzinach pobytu w szpitalu małej nic się poprawiało, bardzo płakała, że wszystko ją boli. Chciałam ją pomasować po brzuszku, żeby się trochę uspokoiła i zauważyłam dziwne plamy na jej skórze. Zawołałam pielęgniarkę, żeby je zobaczyła, a ona po krótkim spojrzeniu, wybiegła i wróciła po chwili z lekarką. Pani doktor popatrzyła uważnie, powiedziała coś na ucho pielęgniarce i przemówiła do mnie:

– Musimy jak najszybciej zabrać pani córeczkę na punkcję kręgosłupa, aby pobrać płyn mózgowo-rdzeniowy.

– Dlaczego? – zapytałam

– Pani córka ma POSOCZNICĘ i musimy dowiedzieć się jak najszybciej co ją wywołało…..

Dalej nie pamiętam co mówiła, bo wszystkie słowa zlewały się, a w mojej głowie zapanował chaos.

Posocznica, czyli SEPSA – to coś zdawało mi się być wyrokiem. Niebezpieczeństwem totalnym, czymś co kończy się śmiercią. Miałam wrażenie, że osuwam się ku ziemi. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie poczułam. Patrzyłam bezradnie jak zabierają moje zbolałe maleństwo, by zrobić jej punkcję. Gdzieś w tym zamieszaniu dotarły do mnie słowa lekarki, że za chwilę przyjedzie po nas karetka, aby zabrać nas do innego szpitala, w którym mają Oddział Intensywnej Terapii, bo tutaj nie dadzą rady jej uratować.

Przepraszam, że kończę ten wpis w takim momencie, ale nie dam rady napisać dzisiaj całości, trochę mnie emocje poniosły. W nocy ułożę sobie wszystko w głowie, aby jutro na spokojnie i konstruktywnie podejść do tematu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *